wtorek, 10 grudnia 2013

Źródło dźwięku - #1: "Cisza przed śmiercią"


Żywot w tym marnym świecie nauczył mnie czym jest ból i cierpienie. Cały czas zaglądam myślami do przeszłości, z chęcią powrotu. Mimo, że są to tylko marzenia, chciałbym chociaż przez chwilę znaleźć się w raju nie ogarniętym ciemnością. Warto zadać sobie pytanie - Czy człowiek kiedykolwiek miał szacunek do tej planety? Doprowadzenie jej do takiego stanu przybliża raczej do odpowiedzi przeczącej. Wszystko mogło się potoczyć w zupełnie innym kierunku...

***

Czy mam jakiś cel? 
Nazywam się Isaac Bein i jako jeden z nielicznych w pełni widzę skutek działań człowieka. Chlorek antymonu (V) unoszący się w powietrzu doprowadził do ślepoty setek tysięcy ludzi, jednak mnie ten wątpliwy zaszczyt ominął. Nie czuję się z tym dobrze, ale jestem świadom cierpienia osób, które utraciły widzenie na zawsze. Może fizycznie nie jestem w stanie się z nimi utożsamić, jednak staram się to zrozumieć. 
Zrób to! Takie życie nie ma dla mnie sensu...Może w tamtym świecie znajdę dla siebie raj, tutaj już nic mnie nie trzyma. Zrób to za mnie! Jestem tchórzem.... - krzyczał żałośnie leżący pustelnik, którego spotkaliśmy podczas jednej z wypraw.
Zrobiłem to...
Śmierć stała się widokiem tak częstym, że już nie robi na mnie żadnego wrażenia.
Dlaczego musimy oglądać to na własne oczy, gdy reszta skrzywdzonych pragnie choć raz zobaczyć światło przed oczami? Czy możemy nazywać siebie wybrańcami? Wielu pogodziło się z utratą wzroku i dzięki nieznanym mi technikom wyszkolili się na bezwzględnych zabójców. Stali się silni i to właśnie dlatego czuję przed nimi szacunek. Wzrok, który stracili nie czyni ich gorszymi ode mnie. Ich słuch jest w stanie wychwycić bicie serce człowieka z którym muszą się mierzyć...słyszą lęk swoich rywali. 
Jedyne, co trzyma mnie przy życiu w tej chorej przestrzeni to rodzina. Może tylko sama świadomość, że oni gdzieś tam są. Od czasu kiedy to się stało, poszukuję ich w dżungli popiołu i ruinach cywilizacji. Nie mogę być pesymistą, rodzina zawsze była dla mnie ważna...Nie mogę myśleć o nich jako o "ślepcach", którzy nie wytrzymali tak potężnego ciosu jakim jest kalectwo. Nie mogę też myśleć, że to piekło porwało ich, ponieważ są za słabi. Najbardziej optymistycznym obrazem będzie dla mnie myśl, że przetrwali i są na tyle silni, aby doczekać spotkania ze mną. 

***

Mieszkamy we wraku samolotu pasażerskiego, traktujemy to miejsce jak pewnego rodzaju azyl, który izoluje nas od tego potwornego świata. Jest nas coraz mniej... Od ostatniego miesiąca nasze grono zmniejszyło się o kilkanaście osób. Niestety, zmarli oni w wyniku głodu i różnego rodzaju chorób zakaźnych. Przetrwali tylko najsilniejsi, jednak nasze zapasy powoli się kończą...Czas opuścić "jaskinię" i wyruszyć na poszukiwanie jedzenia. Znalazłem odpowiedni moment na poszukiwania brata i ojca. Odnalezienia ich żywych lub martwych....

Sam pomachał mi przed oczami, gdyż myślami zawędrowałem do przeszłości. Po ostatnich stratach, na chwilę obecną jest nas dokładnie dziesięciu. Z czego tylko trzy osoby wliczając mnie są w stanie udać się na wyprawę i sprostać wymaganiom nowego świata.
Wzrok straciło wielu, ale czy tylko my jesteśmy resztką "widzącego gatunku"? - pomyślałem.
Nie wierzę, że gdzieś tam są jeszcze ludzie, którzy widzą. W Ich* oczach jesteśmy traktowani jak przestępcy - należy nam się kara śmierci. Oni tropią takich ludzi jak my i bez uczuć zabijają. Nathan  na własne oczy widział na co Ich stać. Kilka kilometrów od naszego obozu znajdowały się ruiny kościoła, w którym rzekomo ukrywała się grupa ludzi podobnych do nas. Nathan to co tam zastał opisał jako makabryczny obraz składający się z martwych ciał i krwi, która była dosłownie wszędzie. Mogę to sobie tylko wyobrazić, ale wiem, że to sprawka Większości, która rządzi teraz na świecie. Stali się bezlitosnymi szakalami, potrafiącymi wychwycić każdy dźwięk, rozpoznają wroga bez problemu i likwidują go...Taki jest Ich cel! Jeśli nie staniemy się ofiarami głodu, to Oni nas zabiją.
- Czas ruszać! Nie wychodziłeś stąd od dwóch miesięcy. Naprawdę jesteś na to gotowy? - zapytał Sam z troską w głosie, darzył mnie ogromnym szacunkiem. 
- Muszę! Wierzę w fakt, że może kiedyś odnajdę ojca i brata. Udamy się do ruin banku w którym on kiedyś pracował. Jest jakaś nadzieja... - Chciałem się upewnić, że nie zmienili planów.
- Tak jak ustaliśmy. W drodze powrotnej zahaczymy o to co pozostało po supermarkecie i postaramy się zebrać potrzebne nam jedzenie - najlepiej konserwy. - Nathan odpowiedział ze spokojem, jakby planował dzień przed wyjazdem do pracy. Jednak to była zupełnie inna rzeczywistość!
- Wierzysz, że on może tam być? - zapytał niepewnie Sam.
- Muszę spróbować - siedzę tu bezczynnie z powodu zagrożenia ze strony "ślepych". Czas wziąć się w garść, czuję ogromną pustkę. Muszę ją wypełnić, muszę spróbować... - tłumaczyłem czym dla mnie jest rodzina, ale Sam i Nathan widocznie tego nie rozumieli. 
Wyruszyliśmy... Nasza droga pomiędzy ruinami przeszła raczej bez rozmów. Zauważyłem, że cisza jest zjawiskiem, które bardzo często mi towarzyszy. Nie korzystaliśmy już z samochodów. Jednym z powodów był brak paliwa, poza tym Oni wszystko słyszą. Podróż mijała bez komplikacji, mniej więcej wiedzieliśmy w którym kierunku jest Centrum i jak udać się do banku. Nathan był naprawdę dobrym przewodnikiem, jeśli chodzi o takie wyprawy.

***

Ciemność pojawiła się przed moimi oczami. Tak właśnie wygląda Ich życie...Coś nieskończonego, ciemność jest czymś trudnym do określenia. To podobno w ciemności żyją najstraszliwsze istoty, jakie wymyślił człowiek. Bzdura! Ciemność jest jak labirynt...Tylko odrobina światła jest w stanie mnie z niego wyprowadzić, ale czy to oznacza, że Oni żyją w labiryncie z którego nie można wyjść?
Przeszukiwaliśmy budynek banku od podstaw. Co prawda nie zostało z niego zbyt dużo. Regały, kasy - wszystko to było zniszczone. Sterta papierów poniewierała się po podłodze. Sejf został potraktowany ładunkiem wybuchowym, więc jedyne co mogliśmy zobaczyć to kawałki, które po nim zostały. Ruiny te nie przypominały tego, czym kiedyś były. Przykrym widokiem były też rozkładające się szczątki ludzi, którzy próbowali tu przetrwać. Jednak nie widziałem tam ojca! Dlaczego!? A może jednak jest tutaj jakaś żywa dusza...
- Słyszę kroki! Ciemność mnie ogranicza! - krzyczał zachrypiały głos z pokoju pod moimi nogami, szybko zauważyłem zejście do czegoś co przypominało piwnicę/magazyn.
- Słyszycie to? - nakierowałem Nathana i Sama w stronę odgłosów, które przed chwilą dotarły mi do ucha.
- Sprawdźmy to! - natychmiast zeszliśmy do tego pokoju.
Światło mojej latarki skierowałem w głąb ciemnego pomieszczenia. Moim oczom ukazały się rozkładające ciała, szczury i zapewne skażony strumień wody, który spływał z piętra nad nami. Sam i Nathan ruszyli moimi śladami.
- Ktoś tu jest? Ktoś nadchodzi...Zbliża się ku mnie...Ocalcie mnie! Wyrwijcie mnie ze szponów ciemności... - wrzeszczał głos w oddali pomieszczenia. 
W rogu zauważyłem starszą osobę, widok ten był wręcz żałosny. 
Jednak to był on! Poznałem swojego ojca. Spojrzałem w kierunku jego oczu, jednak on nie zareagował? Czy spotkała go ślepota? Czy głos syna go ucieszy? Odczuwałem różne emocje od żalu po bezradność. Jest naprawdę silny, przetrwał długie miesiące w tak ciężkich warunkach, ale co z niego zostało. Czy pogodził się z kalectwem?
Pobiegłem w stronę ojca, wyglądał na umierającego...wokół jego ciała zauważyłem zaschniętą krew i zabitego szczura. Czy to właśnie było jego pożywienie?
- Ojcze! Klęczę przed tobą i staram Ci się pomóc.- zwróciłem się do niego.
- Isaac'u? Thomasie? Widzieliście Daniela!?  - ojciec rozpoznał mój głos, ale dlaczego zapytał o Daniela? Kim on jest? Nie tak to sobie wyobrażałem.
- Już dobrze...Thomasa tutaj nie ma, staram się go odszukać. Powietrze jest zakażone, większość ludzi nieodwracalnie traci wzrok. Widzę, że ciebie też to spotkało. Tak mi przykro! Świat stał się piekłem... - nie wiedziałem co do niego powiedzieć, czułem się okropnie.
Chwilę ciszy przerwały pytania, które ojciec zadawał z cierpieniem w głosie. Wszystko zrozumiał...
- Czyli to prawda? Czuję się jakbym zamknął oczy na wieki, ale moje serce nadal bije...Czy naprawdę straciłem wzrok na zawsze?
- Proszę, uspokój się. Większość ludzi nauczyła się z tym żyć. 
- A ty!? Patrzysz na mnie! Dlaczego masz ten dar? Jesteś wybrańcem, dlaczego martwisz się o tak bezwartościową szumowinę jak ja! - ojciec dostał ataku szału i rzucał się na różne strony.
- Nie mogę cię ot tak zostawić. Chcę Ci pomóc. Kilkanaście kilometrów stąd jest nasz obóz. Nauczysz się żyć w tym środowisku i przeżyjesz resztę życia z godnością, w towarzystwie syna - niczym optymista tłumaczyłem ojcu jaka będzie jego przyszłość. - Najpierw opowiedz mi jak się tutaj znalazłeś. - dodałem.
- Daniel rozpłynął się w powietrzu...Był jednym z was. Był w stanie oglądać świat taki jaki jest i dawał mi nadzieję, że utrata wzroku jest chwilowa. Wmawiał mi, że jest w stanie to wyleczyć. To on odnalazł mnie nieprzytomnego. Pamiętam wybuchy...odległe czasy...Daniel zaopiekował się mną. Żyliśmy w trudnych warunkach, dzięki jego opisom miałem możliwość wyobrazić sobie nasz "nowy świat". Przez większość czasu prowadziliśmy koczowniczy tryb życia. Daniel zaprowadził mnie do naszego domu z którego chyba nic nie zostało. Dlaczego nie mogę tego zobaczyć!? Niedawno wyruszył na wyprawę, gdyż szczury wcale nie są dobrym pożywieniem dla człowieka. Oczekiwałem, aby powtórnie usłyszeć jego chód, był taki znajomy. Traktuję go jak zbawiciela i wszystko u niego było takie charakterystyczne. Ale nie wrócił...Zostawił mnie na śmierć. Uświadomił sobie, że jestem niczym i nie ma dla mnie ratunku. Zamiast niego przybyłeś ty...
- Mogę być taki jak Daniel! Zaopiekuję się tobą. Proszę, wstań! - troskliwie chwyciłem ojca za rękę, jednak ten odskoczył, jakbym dotykiem sparzył jego skórę.
- Zrozumiałem wszystko...Ciemność jaką widzę jest dla mnie otchłanią...Nie wyciągaj do mnie ręki! Chcę umrzeć...Dla mnie nic już nie ma sensu! Zrozumiałem, że wszystkie te miesiące życia z nadzieją, że jestem w stanie ujrzeć światło były tylko marnym marzeniem. Śmierć byłaby najlepszym rozwiązaniem...Chciałbym wyrwać się z ciemności, która więzi mnie w swoich kajdanach! Zatem kochany synu, jeśli chcesz coś dla mnie zrobić...Odeślij mnie na tamten świat! 
Jego słowa mocno mnie uderzyły. Stanąłem niczym posąg i patrzyłem na leżącego w ruinach ojca. W tym momencie musiałem być realistą. W obliczu spotkania z synem i wielu tygodniach samotności zrozumiał swoje nieszczęście. Łzy pociekły mi z oczu...Nie mogłem patrzeć jak cierpi mój ojciec, nie byłem w stanie mu pomóc. Zrozumiałem, że się poddał...
Oddaliłem się i skierowałem pistolet w jego stronę. Ale...nie mogłem tego zrobić! Uklęknąłem i zapłakałem...
W moim umyśle pojawił się kompletny chaos. Pomiędzy przemyśleniami o tym kim stanę się po zabiciu osoby, którą kocham usłyszałem półgłosem wołania kolegów, którzy na przemian próbowali uporządkować ten bałagan:
- Zostaw ojca, proszę Cię nie strzelaj! To cię zmieni...
- Musimy się zbierać. Nie zamierzam wracać nocą, zdecyduj się!
Znów powrócił ten sam pustelnik, który prosił o skrócenie męki. Tak! Zrobiłem to... Ale czy miało to sens? Czuję pustkę, w tym momencie nie odczuwam żadnych emocji. Widok ojca przez chwilę był dla mnie straszny i przygnębiający, ale przyzwyczaiłem się do takich obrazów. Może zmysł wzroku jest jednak karą? Nie chcę oglądać tak potwornych obrazów! To dla mnie za dużo...
Sekundę później stałem się obojętny na wszystko co mnie wokół otaczało. - Żegnaj ojcze - powiedziałem z dziwnym spokojem w głosie. Wystrzeliłem...

- Zostawcie mnie na chwilę w samotności, proszę! - krzyknąłem w stronę towarzyszy. 
- Dobra, w takim razie ruszymy już w stronę marketu. Mam nadzieje, że szybko nas dogonisz. Wiesz, w którym kierunku iść? - twierdząco kiwnąłem głową, koledzy zrozumieli moją potrzebę i udali się w drogę.
 Postanowiłem, że nie mogę go zostawić w tym ponurym budynku. Przeniosłem ciało na zewnątrz. Uklęknąłem przed nim, zawsze miałem szacunek do ojca. Chciałem spędzić z nim resztę jego życia, nawet jeśli mielibyśmy żyć w tym piekle. Ale on wybrał inną drogę...musiałem uszanować jego wolę. Wyciągnąłem zapałkę i podpaliłem jego ciało. Tak chciał umrzeć...Z prochu powstałeś i w proch się obrócisz...**

***

Nie lubię podróżować w samotności, gdyż sam na sam zostaję skonfrontowany ze swoimi myślami. Musiałem zrozumieć decyzję moich towarzyszy. Nie byli w stanie patrzeć jak żegnam się z bliskim. Jestem pewny, że już wcześniej widzieli jak umiera ważna im osoba i widok ten budził bolesne dla nich wspomnienia. Umówiliśmy się przed supermarketem, który był 30 minut drogi od wcześniej odwiedzonych ruin. Nathan i Sam mieli czas na odnalezienie zapasów. Jeśli wszystko pójdzie dobrze, jest opcja na powrót do obozu przed zachodem słońca. W oddali ukazał mi się ogromny budynek, obrośnięty mchem i rozwalone ogrodzenie wokół niego. Pobiegłem...Bardzo szybko znalazłem się na miejscu naszego spotkania, ale ich nie było...Może jeszcze szukają zapasów? Na pewno nie udali się do obozu beze mnie! Stojąc przed zawalonym ogrodzeniem zacząłem wołać w stronę budynku z myślą, że skończą poszukiwania:
- Sam! Nathan!
Coś jest nie tak! Krzyczałem na tyle głośno, że raczej powinni to usłyszeć. W dzisiejszym świecie panuje kompletna cisza. Nasi rywale mają nad nami przewagę, potrafią wychwycić infradźwięki i dlatego traktuję ich jak równych sobie. Ogarnął mnie niepokój... Momentalnie przeskoczyłem przez ogrodzenie. Poszukiwałem wejścia do tej hali, rozglądając się po placu, który kiedyś był, parkingiem zobaczyłem coś charakterystycznego...coś co uwolniło wszystkie negatywne emocje...strach...obawę przed najgorszym...Tak, to była krew. Natychmiast pobiegłem w stronę śladów. Kilka kroków dalej przed moimi oczami ukazał się widok, który uderzył mnie jak piorun. Cały drżałem...Co się tu kurwa dzieje!? Wykrwawione ciała dwóch osób. Mieli tu na mnie czekać... 
Nathan i Sam byli martwi! Jeden z nich został ugodzony prosto w serce, natomiast drugi dostał trochę wyżej - nóż wbił się w prawe oko. Kolejny koszmarny obraz, na który musiałem patrzeć.. Straciłem bliskich mi przyjaciół, zostali zabici - wszystko zaczęło się walić...
Wyczułem coś co zmusiło mnie do skierowania głowy w górę. Na dachu budynku, który został wzniesiony naprzeciwko marketu stał Obserwator...


_______________________________________________________________________________
*Oni", "Ich" itp. to określenie "ślepych", charakterystycznie pisane z dużej literatury.
** - cytat z Pisma Świętego (dokładnie to chyba Ewangelia św. Jana) jest w pewnym sensie nawiązaniem do przeszłości bohatera o której dowiemy się w następnych rozdziałach.

Retrospekcja w tekście będzie oznaczana kolorem czerwonym, aby jednak trochę wyróżnić wstawki z przeszłości od ciągu fabuły. 

Wreszcie! Wena <3
Dopiero po przeczytaniu tego kilka razy, uświadomiłem sobie jak biedny jest mój język. Jednak pisanie tego sprawia mi ogromną przyjemność. Staram się, jednak nie jestem dobrym "pisarzem". Zostawiam wam do oceny.
Miłego czytania!
Przepraszam za dużą ilość błędów - na 100% nie znalazłem wszystkiego ;__;
Jest 03:49 i czytam to z 3 raz, padam na ryj ._.
Uwielbiam kursywę <3 Jaram się...Wszystko w niej wygląda tak pięknie (takie tam przyzwyczajanie z pbf'ów, gdzie wszystkie posty pisałem w taki sposób)



1 komentarz: